Czy miewasz czasami momenty, w których to masz ochotę cofnąć się w czasie i wrócić ponownie do szkolnej ławki? Z perspektywy czasu nawet pisanie sprawdzianów i prac klasowych nie wydaje się takie straszne w porównaniu z problemami życia dorosłego. Jednak dzisiejszy wpis będzie o tym za co szkołę kochamy lub kochaliśmy niegdyś najbardziej, czyli wycieczki szkolne.
Czasami szczerze zazdroszczę tym co chodzą jeszcze do szkoły. Poważnie! Jeszcze nie tak dawno mi samej spieszyło się do dorosłości, a teraz szczerze mówiąc mam jej po dziurki w nosie. Jednak dzięki wycieczkom miło jest powspominać na stare lata okres szkolny i to dzięki nim większość osób integruje się ze sobą. Dlatego jeżeli ktoś uważa, że są one zbędne i mogłoby ich w ogóle nie być to jest w wielkim błędzie. Ja osobiście nigdy nie miałam możliwości jechać na wycieczkę szkolną za granicę, ale wiem, że takowe są organizowane. Miejscem, do którego najczęściej wychowawcy organizują zagraniczne wycieczki szkolne jest Londyn. Nie trudno jest się domyślić dlaczego, ale od początku. Jak dobrze wiemy Londyn jest stolicą Wielkiej Brytanii i Anglii, a co za tym idzie jest również największym miastem Unii Europejskiej. To właśnie tam znajduje się mieszanka różnych kultur i religii. Jest to również miasto posiadające bardzo bogatą historię ale także wiele ciekawych miejsc wartych naszej uwagi.
Jednym z wielu takich miejsc jest z pewnością Pałac Buckingham, który jest oficjalną londyńską rezydencją brytyjskich monarchów. To tam odbywają się wszelkie uroczystości państwowe, a także oficjalne spotkania głów państw. Od 1992 roku można odpłatnie zobaczyć część pałacu Buckingham, która została udostępniona specjalnie dla osób zwiedzających. Kolejnym ciekawym miejscem w Londynie jest London Eye, czyli tak zwane Londyńskie Oko znajdujące się na południowym brzegu rzeki Tamizy. Koło ma wysokość 135 metrów, a jego pełny obrót trwa około 30-40 minut. W tym czasie spokojnie możemy podziwiać przepiękne widoki z góry. Jeżeli jesteś osobą, która chciałaby zobaczyć z bliska znane osoby to jest również na to sposób. W Londynie istnieje Muzeum Figur Woskowych, w którym możemy obejrzeć znane osoby z różnych dziedzin w ich naturalnych wielkościach. To miejsce powinno przypaść do gustu szczególnie dzieciom. W końcu fajnie będzie zrobić sobie zdjęcie z gwiazdą z czerwonego dywanu prawda? Zabytek, który również obowiązkowo powinien być częścią szkolnej wycieczki to Big Ben.
Z tego co wiem to nie ma chyba osoby, która nie znałaby tego słynnego zegara z ogromnym dzwonem. Samo wrażenie robi już jego wielkość. Bowiem Big Ben ma wysokość 96 metrów, a średnica tarczy zegarowej ma aż 7 metrów. Ciekawostką jest również to, że na wieżę prowadzą spiralne schody liczące łącznie 334 stopnie! Oczywiście w trakcie zwiedzania warto się również udać do typowej londyńskiej restauracji, w której zjemy słynną w tamtym rejonie potrawę jaką jest fish and chips. Z tym, że frytki muszą być grube, a ryba smażona w panierce na głębokim oleju. Jest to rzecz jasna bardzo kaloryczna potrawa, ale raz na jakiś czas nikomu przecież jeszcze nie zaszkodziło. Jednak największym atutem w czasie wycieczki powinna być możliwość doszlifowania języka angielskiego, który jest najpopularniejszym językiem na świecie. Oczywiście przy okazji może warto byłoby pomyśleć nad zapisaniem się na warsztaty językowe w Londynie. Może taka wycieczka szkolna to początek do pójścia o krok dalej niż inni? Z pewnością język angielski przyda się nie tylko w pracy, ale również podczas wykonywania innych czynności. :-)
poniedziałek, 2 października 2017
niedziela, 10 września 2017
Wszystko co piękne, szybko się kończy...
Jakiś miesiąc temu wraz z narzeczonym spędziliśmy kilka dni nad Polskim Morzem. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że ostatni raz wspólnie na wakacjach byliśmy pięć lat temu. Jeszcze jak studiowałam powtarzałam sobie, że w nagrodę za ukończone studia wyjedziemy gdzieś dalej. Najlepiej na Majorkę lub Dominikanę, ale tak się nie stało. Mimo to i tak jestem wdzięczna za te 4 wspólnie spędzone dni, kiedy mogliśmy pobyć tylko we dwoje.
W tym roku postawiliśmy na Władysławowo. Po pierwsze nigdy tam nie byliśmy, a po drugie większość osób sobie je chwali. W dniu naszego przyjazdu okazało się, że doba zaczyna się od godziny 14:00, a mój narzeczony był pewien, że od 10:00. Na miejscu byliśmy około 11:00, ale z racji tego, że nasz pokój był jeszcze nieposprzątany po poprzednich lokatorach postanowiliśmy się trochę rozejrzeć po okolicy. W trakcie zwiedzania Mateusz był strasznie rozczarowany i jego zły humor zaczął udzielać się również mi. Nie tak wyobrażał sobie to miejsce. Mało budek z pamiątkami, stare i zniszczone kamienice i na koniec podsumował, że widoki podobne do zwykłego miasta. Z jednej strony byłam na niego zła, że w dzień przyjazdu mówi mi coś takiego i psuje mi humor, a z drugiej było mi bardzo przykro, że nie widzi nawet jednego plusa z pobytu tutaj. Dla mnie najważniejsze było to, że spędzimy ten czas sami, nie martwiąc się o nic. Następnego dnia postanowiliśmy zapuścić się nieco dalej. W końcu Ci co sobie tak Władysławowo chwalą muszą w końcu w nim coś widzieć. Udaliśmy się więc na wieżę widokową w Domu Rybaka, gdzie przeszliśmy 9 pięter na pieszo, żeby zobaczyć całe Władysławowo z góry.
Powiem Wam, że mimo zmęczenia i potu było warto. Widoki piękne, a dodatkowo wrzuciliśmy grosz na szczęście do maszynki, w której moneta kręciła się wokół zanim wpadła do środka. Chwilę przed naszym wejściem mocno się rozpadało. Tego samego dnia poszliśmy również do wesołego miasteczka, które widzieliśmy w oddali z naszego pokoju. Chcieliśmy sobie oboje na stare lata zaszaleć, ale niestety z racji deszczowej pogody daliśmy sobie spokój z tym pomysłem. Baaa... Tego samego dnia doszliśmy nawet do centrum miasta, gdzie Mateusz w końcu odnalazł te swoje budki przepełnione po brzegi pamiątkami i niezdrowym żarciem. Pomimo niesprzyjającej pogody drugi dzień zaliczam do udanych. Trzeciego dnia jak tylko wyszło słoneczko wybraliśmy się na plażę. Jak typowy Janusz z Grażyną kupiliśmy parawan i odgrodziliśmy się od reszty ludzi. Nie było w sumie okazji, żeby się dobrze opalić, ponieważ Mateusz potrafi wysiedzieć na plaży maksymalnie 2-3 godziny. Zaczęliśmy więc oboje szukać w piasku muszelek, żeby Mati do końca nie zanudził się na śmierć. Po wyzbieraniu chyba większości muszelek wokół podnieśliśmy szanowne cztery litery i ruszyliśmy do pokoju. Jakoś nas to opalanie tak zmęczyło, że po powrocie położyliśmy się spać.
Tego dnia prócz opalania nie robiliśmy nic niezwykłego, a byliśmy zmęczeni jak po jakimś maratonie. Dzień przed wyjazdem był dniem równie intensywnym co dzień drugi. Poszliśmy na miasto, żeby zakupić pamiątki dla bliskich. Przy okazji przeszliśmy się Aleją Gwiazd, a kawałek dalej trafiliśmy na chatkę do góry nogami. Mati po wejściu do niej był lekko przerażony, ponieważ ciężko mu było złapać równowagę przy chodzeniu i oglądaniu domku od środka. Jednak z drugiej strony widać było, że sprawiło mu to wielką frajdę - po prostu przez chwilę mogliśmy poczuć się jak dzieci. Na koniec po udanych zakupach poszliśmy do restauracji, w której zjedliśmy przepyszną rybkę. W końcu to wielki grzech być nad Morzem i nie zjeść ryby. Ogólnie pobyt zaliczam do udanych. Jedynym minusem była lokalizacja w jakiej znajdował się nasz nocleg - był trochę za daleko od głównego deptaka. Jednak ciężko miesiąc przed urlopem znaleźć coś co ma przystępną cenę i jest niedaleko od Morza. Ludzie zaczynają już w lutym powoli rezerwować noclegi na lato. Dlatego jeżeli zdecydujemy się na przyszły rok jechać ponownie do Władysławowa to z pewnością już na początku roku zaczniemy szukać noclegu, a jak minęły Wasze wakacje? :-)
Powiem Wam, że mimo zmęczenia i potu było warto. Widoki piękne, a dodatkowo wrzuciliśmy grosz na szczęście do maszynki, w której moneta kręciła się wokół zanim wpadła do środka. Chwilę przed naszym wejściem mocno się rozpadało. Tego samego dnia poszliśmy również do wesołego miasteczka, które widzieliśmy w oddali z naszego pokoju. Chcieliśmy sobie oboje na stare lata zaszaleć, ale niestety z racji deszczowej pogody daliśmy sobie spokój z tym pomysłem. Baaa... Tego samego dnia doszliśmy nawet do centrum miasta, gdzie Mateusz w końcu odnalazł te swoje budki przepełnione po brzegi pamiątkami i niezdrowym żarciem. Pomimo niesprzyjającej pogody drugi dzień zaliczam do udanych. Trzeciego dnia jak tylko wyszło słoneczko wybraliśmy się na plażę. Jak typowy Janusz z Grażyną kupiliśmy parawan i odgrodziliśmy się od reszty ludzi. Nie było w sumie okazji, żeby się dobrze opalić, ponieważ Mateusz potrafi wysiedzieć na plaży maksymalnie 2-3 godziny. Zaczęliśmy więc oboje szukać w piasku muszelek, żeby Mati do końca nie zanudził się na śmierć. Po wyzbieraniu chyba większości muszelek wokół podnieśliśmy szanowne cztery litery i ruszyliśmy do pokoju. Jakoś nas to opalanie tak zmęczyło, że po powrocie położyliśmy się spać.
Tego dnia prócz opalania nie robiliśmy nic niezwykłego, a byliśmy zmęczeni jak po jakimś maratonie. Dzień przed wyjazdem był dniem równie intensywnym co dzień drugi. Poszliśmy na miasto, żeby zakupić pamiątki dla bliskich. Przy okazji przeszliśmy się Aleją Gwiazd, a kawałek dalej trafiliśmy na chatkę do góry nogami. Mati po wejściu do niej był lekko przerażony, ponieważ ciężko mu było złapać równowagę przy chodzeniu i oglądaniu domku od środka. Jednak z drugiej strony widać było, że sprawiło mu to wielką frajdę - po prostu przez chwilę mogliśmy poczuć się jak dzieci. Na koniec po udanych zakupach poszliśmy do restauracji, w której zjedliśmy przepyszną rybkę. W końcu to wielki grzech być nad Morzem i nie zjeść ryby. Ogólnie pobyt zaliczam do udanych. Jedynym minusem była lokalizacja w jakiej znajdował się nasz nocleg - był trochę za daleko od głównego deptaka. Jednak ciężko miesiąc przed urlopem znaleźć coś co ma przystępną cenę i jest niedaleko od Morza. Ludzie zaczynają już w lutym powoli rezerwować noclegi na lato. Dlatego jeżeli zdecydujemy się na przyszły rok jechać ponownie do Władysławowa to z pewnością już na początku roku zaczniemy szukać noclegu, a jak minęły Wasze wakacje? :-)
niedziela, 13 sierpnia 2017
Wypoczęta twarz przy pomocy pulsacyjnego masażera od DermoFuture Precision? Jest to możliwe!
W ostatnim czasie jestem non stop zabiegana. Nie mam nawet czasu dobrze usiąść, a już gdzieś mnie niesie. Jednak w ostatnim czasie, kiedy moje życie trochę nabrało tempa nie tylko na blogu, ale również w życiu osobistym potrzebuję wypoczynku. Nie tylko w postaci snu, ale również w postaci masaży, czy innych czynności pozwalających się dobrze zrelaksować. Dlatego w dzisiejszym wpisie pokażę Wam co takiego sprawiło, że moja twarz jest rozluźniona i wypoczęta. :-)
Mój wybór tym razem padł na urządzenie, ponieważ prawie wszystkie kosmetyki ze strony DermoFuture Precision zdążyłam już przetestować, a po drugie byłam ciekawa działania akurat tego wynalazku. Pulsacyjny masażer do twarzy z 24 - karatowym złotem ma za zadanie podnieść owal twarzy, przyspieszyć krążenie krwi, a także dotlenić skórę i zwiększyć jej elastyczność. Generalnie nie mam jeszcze problemu z owalem twarzy i obwisłą skórą. Niemniej jednak moja buzia w ostatnim czasie zdecydowanie potrzebuje, żeby o nią zadbać nieco bardziej. Samo urządzenie nie jest jakoś bardzo skomplikowane w użytkowaniu. Działa przy pomocy zwykłej baterii R6, którą umieszczamy od góry, czyli od strony głowicy w kształcie litery T. Jeżeli chcemy uruchomić masażer wystarczy jedynie lekko przekręcić dolną końcówkę urządzenia w lewą stronę, a w prawą jeżeli chcemy je wyłączyć. Samo urządzenie wykonuje aż 6500 tysiąca wibracji na minutę. Jeżeli zależy nam, żeby podtrzymać efekty to w instrukcji zaleca się, aby urządzenie stosować 2 razy dziennie po 2-3 minuty.
Ja niestety nie mam w ciągu dnia nawet tych kilku minut, ale jak tylko znajdę wolną chwilę wieczorem to zdecydowanie po masażu mam wrażenie, że moja twarz jest rozluźniona i wypoczęta. Masaż wykonujemy końcówką w kształcie litery T powoli od środka twarzy na zewnątrz. Oprócz twarzy możemy masować również szyję, kark i przedramiona po około 2-3 sekundy. Czy urządzenie sprawdzi się u osób ze zmarszczkami? Tego nie wiem, ponieważ sama ich jeszcze nie posiadam. Jednak warto je wypróbować chociaż i z tego powodu, który wymieniłam wcześniej. Po masażu lub jeszcze przed, warto również zadbać o odpowiednie nawilżenie naszej buzi. Na koniec dodam jeszcze, że urządzenie powinno się stosować tylko i wyłącznie na oczyszczoną skórę twarzy i ciała. Wiem, że jest to coś oczywistego. Jednak wolę przypomnieć, żeby nie przyszło komuś do głowy, żeby masować sobie twarzy z pełnym makijażem. Ogólnie masażer nie pozostawił żadnych skutków ubocznych w postaci zaczerwienień i innych niepożądanych efektów. Oceniam go w skali od 1 do 5 na mocne 4.
Cena urządzenia nie należy do najniższych. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że jest to rzecz, którą kupujemy na dłuższy okres czasu. Także zdecydowanie polecam zaopatrzyć się w taki gadżet. :-)
Jeżeli jesteście zainteresowani kupnem masażera do twarzy to zapraszam na poniższą stronę:
- https://tenex24.pl/261,pulsacyjny-masazer-do-twarzy-z-glowica-wzbogacona-24-karatowym-zlotem.html
Mój wybór tym razem padł na urządzenie, ponieważ prawie wszystkie kosmetyki ze strony DermoFuture Precision zdążyłam już przetestować, a po drugie byłam ciekawa działania akurat tego wynalazku. Pulsacyjny masażer do twarzy z 24 - karatowym złotem ma za zadanie podnieść owal twarzy, przyspieszyć krążenie krwi, a także dotlenić skórę i zwiększyć jej elastyczność. Generalnie nie mam jeszcze problemu z owalem twarzy i obwisłą skórą. Niemniej jednak moja buzia w ostatnim czasie zdecydowanie potrzebuje, żeby o nią zadbać nieco bardziej. Samo urządzenie nie jest jakoś bardzo skomplikowane w użytkowaniu. Działa przy pomocy zwykłej baterii R6, którą umieszczamy od góry, czyli od strony głowicy w kształcie litery T. Jeżeli chcemy uruchomić masażer wystarczy jedynie lekko przekręcić dolną końcówkę urządzenia w lewą stronę, a w prawą jeżeli chcemy je wyłączyć. Samo urządzenie wykonuje aż 6500 tysiąca wibracji na minutę. Jeżeli zależy nam, żeby podtrzymać efekty to w instrukcji zaleca się, aby urządzenie stosować 2 razy dziennie po 2-3 minuty.
Ja niestety nie mam w ciągu dnia nawet tych kilku minut, ale jak tylko znajdę wolną chwilę wieczorem to zdecydowanie po masażu mam wrażenie, że moja twarz jest rozluźniona i wypoczęta. Masaż wykonujemy końcówką w kształcie litery T powoli od środka twarzy na zewnątrz. Oprócz twarzy możemy masować również szyję, kark i przedramiona po około 2-3 sekundy. Czy urządzenie sprawdzi się u osób ze zmarszczkami? Tego nie wiem, ponieważ sama ich jeszcze nie posiadam. Jednak warto je wypróbować chociaż i z tego powodu, który wymieniłam wcześniej. Po masażu lub jeszcze przed, warto również zadbać o odpowiednie nawilżenie naszej buzi. Na koniec dodam jeszcze, że urządzenie powinno się stosować tylko i wyłącznie na oczyszczoną skórę twarzy i ciała. Wiem, że jest to coś oczywistego. Jednak wolę przypomnieć, żeby nie przyszło komuś do głowy, żeby masować sobie twarzy z pełnym makijażem. Ogólnie masażer nie pozostawił żadnych skutków ubocznych w postaci zaczerwienień i innych niepożądanych efektów. Oceniam go w skali od 1 do 5 na mocne 4.
Cena urządzenia nie należy do najniższych. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że jest to rzecz, którą kupujemy na dłuższy okres czasu. Także zdecydowanie polecam zaopatrzyć się w taki gadżet. :-)
Jeżeli jesteście zainteresowani kupnem masażera do twarzy to zapraszam na poniższą stronę:
- https://tenex24.pl/261,pulsacyjny-masazer-do-twarzy-z-glowica-wzbogacona-24-karatowym-zlotem.html
niedziela, 30 lipca 2017
Squla, czyli rozwój dziecka poprzez zabawę.
Cofnijmy się o jakieś 15-20 lat wstecz, a dokładniej do czasów, gdzie nie każdy miał w domu komputer z dostępem do internetu. Owszem, można było iść do słynnej kawiarenki internetowej i tam z niego skorzystać. Jednak na dłuższą metę było to uciążliwe, a po drugie trzeba było za to płacić. Ja miałam to szczęście, że komputer dostałam w prezencie od babci i dziadka na I Komunię Świętą w 2003 roku. Jaka to była wtedy radość, że mam urządzenie, które znacznie ułatwi mi naukę, ale przy okazji umili mi wolny czas.
Obecnie internet gości w prawie każdym domu i nie robi na nas już takiego wrażenia jak kiedyś. Baaa... Jest z nami obecny nawet podczas podróży na smartfonie czy tablecie, dzięki czemu szybko i sprawnie możemy sprawdzić wiele interesujących nas informacji w minutę. Jeszcze 15-20 lat temu coś takiego wydawało się abstrakcją, ale nie ma co się oszukiwać - świat pędzi stale do przodu, a my powinniśmy dotrzymać mu kroku. Komputery, a przede wszystkim sam internet ułatwia nam życie każdego dnia. Zanim jednak moja mama zdecydowała się na jego założenie musiałam sobie wcześniej jakoś radzić - szczególnie przy odrabianiu lekcji. Moim internetem w wersji demo była wtedy Encyklopedia PWN na płycie, na której nie wszystko można było znaleźć. Natomiast w ramach samodzielnej nauki dostawałam od mamy książeczki edukacyjne z ćwiczeniami z różnych przedmiotów. Jednak w dzisiejszym wpisie zamierzam poruszyć głównie zaletę posiadania internetu. Dlatego chciałabym przedstawić Wam platformę edukacyjną SQULA, która uczy poprzez zabawę.
Zacznę może od tego, że znajdziemy tam zadania zarówno dla przedszkolaków jak i dla dzieci klas 1-6 szkoły podstawowej. Na stronie wszystko jest przejrzyste i podzielone na zakładki, dzięki czemu łatwo się tam odnaleźć. Oczywiście korzystanie ze strony z pełnym dostępem do wszystkiego jest płatne, jednak nie są to jakieś gigantyczne kwoty. Opłata za dziecko przy abonamencie rocznym wynosi dokładnie 12,99 zł na miesiąc. Warto również wspomnieć, że przy jego zakupie otrzymamy dodatkowo w prezencie plecak dla dziecka, który idealnie sprawdzi się w szkole. Oczywiście jest też możliwość wykupienia dostępu na okres krótszy niż rok. W przypadku abonamentu na trzy miesiące dostęp do platformy będzie kosztował 15,99 zł na miesiąc, a jeżeli wykupimy abonament miesięczny to opłata jednorazowa wyniesie nas 19,99 zł. Dlatego zdecydowanie polecam tą pierwszą i najbardziej korzystną opcję. Dodatkowo jeszcze przed opłaceniem można skorzystać z platformy w wersji demo więc oznacza to, że nie kupujemy przysłowiowego kota w worku. Natomiast w przypadku rodziców jest możliwość założenia darmowego konta rodzicielskiego, które umożliwia monitorowanie postępów w nauce.
Przy okazji możemy również sprawdzić, które przedmioty przychodzą naszemu dziecku z łatwością, a które wymagają jeszcze pracy. Na SQULA znajdziemy praktycznie wszystko poczynając od nauki dodawania i odejmowania, a kończąc na gramatyce i lekturach. W przypadku abonamentu rocznego jest możliwość po wakacjach zmiany klasy na wyższą. Tak naprawdę Wasze pociechy mogą już powoli zacząć powtarzać sobie materiał do szkoły. Jest to przede wszystkim miła forma zabawy i nauki w jednym. Dlatego nie musicie się obawiać, że Wasze pieniądze zostaną źle spożytkowane. Ja osobiście sama przeglądając platformę natrafiłam na ciekawe gry edukacyjne, które mnie wciągnęły jak małe dziecko. Sama mam też dużo młodszą siostrę, która we wrześniu skończy 9 lat i rozpocznie trzecią klasę. Jest to również wielka fanka tabletów i wszelkich innych urządzeń mobilnych. Dlatego jestem przekonana, że platforma z pewnością ją zaciekawi. Mam też nadzieję, że w prosty sposób przedstawiłam Wam - rodzicom zalety platformy edukacyjnej SQULA. Ja jestem zdecydowanie na tak!
Na koniec dodam, że taka forma edukacji dla dziecka jest o wiele ciekawsza niż sucha teoria w szkole. Dziecku z pewnością łatwiej będzie zapamiętać rzeczy, których nauczy się nieświadomie samo poprzez zabawę na platformie. :-)
Obecnie internet gości w prawie każdym domu i nie robi na nas już takiego wrażenia jak kiedyś. Baaa... Jest z nami obecny nawet podczas podróży na smartfonie czy tablecie, dzięki czemu szybko i sprawnie możemy sprawdzić wiele interesujących nas informacji w minutę. Jeszcze 15-20 lat temu coś takiego wydawało się abstrakcją, ale nie ma co się oszukiwać - świat pędzi stale do przodu, a my powinniśmy dotrzymać mu kroku. Komputery, a przede wszystkim sam internet ułatwia nam życie każdego dnia. Zanim jednak moja mama zdecydowała się na jego założenie musiałam sobie wcześniej jakoś radzić - szczególnie przy odrabianiu lekcji. Moim internetem w wersji demo była wtedy Encyklopedia PWN na płycie, na której nie wszystko można było znaleźć. Natomiast w ramach samodzielnej nauki dostawałam od mamy książeczki edukacyjne z ćwiczeniami z różnych przedmiotów. Jednak w dzisiejszym wpisie zamierzam poruszyć głównie zaletę posiadania internetu. Dlatego chciałabym przedstawić Wam platformę edukacyjną SQULA, która uczy poprzez zabawę.
Zacznę może od tego, że znajdziemy tam zadania zarówno dla przedszkolaków jak i dla dzieci klas 1-6 szkoły podstawowej. Na stronie wszystko jest przejrzyste i podzielone na zakładki, dzięki czemu łatwo się tam odnaleźć. Oczywiście korzystanie ze strony z pełnym dostępem do wszystkiego jest płatne, jednak nie są to jakieś gigantyczne kwoty. Opłata za dziecko przy abonamencie rocznym wynosi dokładnie 12,99 zł na miesiąc. Warto również wspomnieć, że przy jego zakupie otrzymamy dodatkowo w prezencie plecak dla dziecka, który idealnie sprawdzi się w szkole. Oczywiście jest też możliwość wykupienia dostępu na okres krótszy niż rok. W przypadku abonamentu na trzy miesiące dostęp do platformy będzie kosztował 15,99 zł na miesiąc, a jeżeli wykupimy abonament miesięczny to opłata jednorazowa wyniesie nas 19,99 zł. Dlatego zdecydowanie polecam tą pierwszą i najbardziej korzystną opcję. Dodatkowo jeszcze przed opłaceniem można skorzystać z platformy w wersji demo więc oznacza to, że nie kupujemy przysłowiowego kota w worku. Natomiast w przypadku rodziców jest możliwość założenia darmowego konta rodzicielskiego, które umożliwia monitorowanie postępów w nauce.
Przy okazji możemy również sprawdzić, które przedmioty przychodzą naszemu dziecku z łatwością, a które wymagają jeszcze pracy. Na SQULA znajdziemy praktycznie wszystko poczynając od nauki dodawania i odejmowania, a kończąc na gramatyce i lekturach. W przypadku abonamentu rocznego jest możliwość po wakacjach zmiany klasy na wyższą. Tak naprawdę Wasze pociechy mogą już powoli zacząć powtarzać sobie materiał do szkoły. Jest to przede wszystkim miła forma zabawy i nauki w jednym. Dlatego nie musicie się obawiać, że Wasze pieniądze zostaną źle spożytkowane. Ja osobiście sama przeglądając platformę natrafiłam na ciekawe gry edukacyjne, które mnie wciągnęły jak małe dziecko. Sama mam też dużo młodszą siostrę, która we wrześniu skończy 9 lat i rozpocznie trzecią klasę. Jest to również wielka fanka tabletów i wszelkich innych urządzeń mobilnych. Dlatego jestem przekonana, że platforma z pewnością ją zaciekawi. Mam też nadzieję, że w prosty sposób przedstawiłam Wam - rodzicom zalety platformy edukacyjnej SQULA. Ja jestem zdecydowanie na tak!
Na koniec dodam, że taka forma edukacji dla dziecka jest o wiele ciekawsza niż sucha teoria w szkole. Dziecku z pewnością łatwiej będzie zapamiętać rzeczy, których nauczy się nieświadomie samo poprzez zabawę na platformie. :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















